Rowerem wszędzie, byle nie po Bydgoszczy
Jazda rowerem po Bydgoszczy to katastrofa, żenada i tragedia. Przekonałem się o tym wyciagając pojazd z balkonu po dwóch chyba latach przerwy. Wcześniej przez parę lat regularnie robiłem trasę Kapuściska-Śródmieście, dojeżdżając rowerem do pracy i nie tylko (i chyba byłem już przyzwyczajony do niedogodności).
Przed tygodniem przejechałem się tak zwaną ścieżką rowerową na Babiej Wsi. I to co wcześniej wydawało mi się normą teraz wyprowadziło mnie z równowagi. Bo dla rowerzystów nic się w tym mieście nie zmieniło na lepsze. Na całej trasie Kapy-Śródmieście zero ścieżek! Jakieś krótkie odcinki, które trudno nazwać szlakiem rowerowym (przed Tesco przy Toruńskiej). I tak chodzą po nich piesi i rozmaici dresiarze nieumiejący odróżnić szarego pasa dla pieszych od pomarańczowej ścieżki dla rowerów. O Śródmieściu lepiej nie mówmy wcale. Nie ma gdzie jeździć. Nie ma miejsca ani dobrego zwyczaju akceptowania rowerzysty. Trzeba walczyć albo z kierowcami samochodów, albo z przechodniami.
Fragment asfaltu prowadzący przez park wzdłuż nasypu tramwajowego na Babiej Wsi (to jest podobno ścieżka rowerowa)niszczej od lat. Trochę dalej w kierunku centrum, na wysokości hali Łuczniczka jest kawałeczek wybrukowanej ścieżki, ale akurat nie miałem szczęścia. Droga zagrodzona szarfami, a jak nie szarfami to samochodami, które poustawiano byle gdzie!
Dlaczego akurat na ścieżce rowerowej?
Bo właśnie miasto zorganizowało głośne targi Wod-Kan. Tak mi zresztą odpowiedział jeden z kierowców (rejestracja wrocławska, gzie akurat rowerzystów się podobno szanuje).
- Nie widzi pan, że są targi?!
Rower mam złożony, gotowy do jazdy, ale odstawiłem go z powrotem na balkon. Wybieram samochód. Będę truł miasto spalinami.

