Mleczny Bar
Wysłuchane i „wylookane” w Barze Mlecznym przy ulicy Dworcowej w Bydgoszczy, notabene niedaleko dworca właśnie.
Kobieta pod pięćdziesiątkę, wystylizowana samoróbnie na dwudziestkę, w dżinsach fabrycznie postrzępionych z przodu na całej długości, włosy farbowane na blond, biodra rozłożyste, twarz i reszta ciała podkarmione dobrze - mówi niby do swego kompana (małego takiego z bródką i brzuchem), ale tak donośnie, że aż na ulicy słychać: - Ale teraz się obeżrę. Aż do bólu.
Nie wiem czy się obżarła. Połknąłem pierogi z kapustą i grzybami i tyle mnie widzieli.
Kloszard w brązowym skafandrze, lśniącym od brudu, włosy poczochrane, buciory od dawna bez fasonu, czepia się lady i drze się na cały regulator: - K…waaaaa! Gdzie moja druga zupa? Przecież na dwie użebrałem. Tamten pan mi dał.
Tu wskazał paluchem na jakiegoś facia wciagającego zasmażaną kapustę z ziemniakami. Facio wyglądał, jakby się pod stolikiem chciał ukryć. Ze wstydu przecież. To jasne. A kobieta za ladą na to: - Won stąd, bo po policję zadzwonię!
Nie musiała dzwonić. Akurat dwóch wielkich strażników miejskich wpadło do baru na pomidorówkę. Zanim zjedli, wyprowadzili brązowy skafander z błędu i z baru.
Znajomy powiedział mi kiedyś, że do baru tego zagląda dość regularnie pewien znany w niektórych kręgach, bydgoski poeta. Co więcej, znajomy ów wyjawił mi, co poeta zwykle sobie życzy z bogatego barowego jadłospisu - zawsze to samo. Nie potraktowałem tej opowieści poważnie. Ale dnia pewnego, stojąc w kolejce, faktycznie, ujrzałem przed sobą rzeczonego literata i natychmiast przypomniała mi się cała sprawa. Uszu nastawiłem i słyszę: - Kaszę gryczaną z sosem poproszę (tu chwila zawahania, jakby poeta codziennie co innego zamawiał, taka artystowska zmyłka nad jadłospisem). - Aha, gulasz wieprzowy jest? To poproszę.
Wszystko się zgadzało. Znajomy, jak się okazało, doskonale był poinformowany (pozdrowienia gorące dla Staszka Karabasza).

