Do szopy hej pasterze
Nigdzie nie śpiewają kolędy „Do szopy hej pasterze…” tak, jak w Konarzynach za Chojnicami. Słyszałem kilka wykonań tej pieśni w różnych „miastowych” kościołach, ale to konarzyńskie - surowe i uczciwe - najbardziej działa na moją wyobraźnię. Nie przeszkadza nawet fałszujący proboszcz, ani organista o drażniącej barwie głosu. Siła głosu wiernych ich zagłusza.
(zdjęcie: drzewo zimowe w Konarzynach)
W ogóle lubię ten barokowy wiejski kościół ze starymi malowidłami i figurami świętych. Na suficie jest scena ze świętym Piotrem u bram niebios. Jeden z klęczących osobników ma dwie prawe (albo dwie lewe, nigdy nie jestem pewien) nogi. Ale wykrzywione nogi i zdeformowane ręce to nic. Te twarze! Ciekawe kto pozował do tych malowideł. Grube usta, kanciaste twarzoczaszki, z grubsza ciosane sylwetki.
W duże święta jest tu strasznie ciasno. Kościół jest niewielki. Do komunii czeka się w kolejce nawet kwadrans. A jeśli chce się zająć miejsce siedzące trzeba przyjść 20 minut przed mszą. Wtedy jest szansa, że będziemy siedzieć. Szansa, bo pewności nie mamy żadnej, że nas nie wysuną z ławki. Ludzie mają tu swoje stałe miejsca w ławkach i chodzą na nabożeństwa o stałych porach (tylko młodzi różnie). Tak więc nawet nie patrzą, że cała ławka jest już pełna. Wchodzą do ławki i atakują biodrem (kobiety) lub biodrem i barkiem (mężczyźni) i pchają wszystkich siedzących o dobry metr lub chociaż pół metra. Często siedzący uprzedzają atak i na widok biodra tudzież barku sami się przesuwają.
Taki jak ja miastowy ma z tym problem. Bo chciałby oczywiście usłyszeć pełnym zdaniem wypowiedziane: „przepraszam, czy może się pan przesunąć?” Ale gdzie tam. Tu na takie fanaberie nikt sobie nie pozwala.
Niedawno jedna pani usiadła mi na ramieniu, bo się nie przesunąłem. Potem w czasie znaku pokoju pięknie się do mnie uśmiechnęła i wszystko jej przebaczyłem.

A to jest koń mojego szwagra - Armenia. Źrebak jeszcze.

