miasto dzieci
witajcie! piszę z miasta dzieci!
piszę szybko, na kolanie, bez przykładania wielkiej wagi do dużych liter i innych małych rzeczy. jestem w warszawie. rozmawiam z lekarzami. czekam, słucham, jestem zdany na łaskę i niełaskę lekarzy.
centrum zdrowia dziecka to ogromny brzydki wieżowiec. pełen dzieci. to takie
miasteczko dzieci uwięzione w 10-piętrowym wieżowcu.
dzieci chodzą tu do szkoły, tańczą, rysują, układaja klocki, biegaja po korytarzach, jeżdżą przed wieżowcem na rolkach, chodza wokół wieżowca na spacery i na zakupy do sklepików naprzeciwko. na szczęście zabawki w sklepikach nie sa dużo droższe niz gdzie indziej. tylko troszeczkę droższe. bo co? na chorych dzieciach, na ich rodzicach i rodzinach rodziców sklepikarze nie chcą zarobić? chcą. ale widze - i to mnie buduje - że w sposób umiarkowany.
byłem dzisiaj na „imieninach” tutejszej szkoły. dzieci śpiewały i tańczyły. przyjechał zespół zdrowych dzieci z twardogóry w dolnosląskiem. a jedna dziewczynka z miasteczka dzieci zaśpiewała po angielsku „jesus thank you for the cross”.
wyleciała mi z oka jedna łza. a na drugie oko nic nie widziałem zupełnie. popłakałem się. bo w mieście dzieci wszystko jest prawdziwe. jeśli 6-letnia dziewczynka z widoczna chorobą śpiewa, że dziekuje za krzyż, to znaczy, że wie o czym śpiewa. wie dużo więcej niz niejeden dorosły zagubiony w pogoni za głupstwami.
co do lekarzy z miasta dzieci - jedna uwaga tylko. zauważyłem dzisiaj, że lekarz niecierpliwił się, kiedy zadawałem pytania niefachowym językiem. był wyraźnie zdegustowany tym, że nie znam sie na medycynie, a ciągnę go za język. wieczorem powiedziałem o tym radziowi, u którego nocuję i też miał to samo odczucie. wielu moich znajomych i przyjaciół ma to samo odczucie. że z naszymi polskimi lekarzami jest coś nie tak. chyba udają cos albo kogoś i dlatego maja problemy w kontaktach z pacjentami.
pewien mądry człowiek powiedział kiedyś, że homo sapiens to jedyny znany gatunek zwierzęcia, które chciałoby być innym zwierzęciem. za nic nie chce być sobą. a czasami wręcz nie umie. udaje kogoś innego i masz… babo placek.
zauważyłem, że w warszawie wielu homo sapiens udaje. udają samochodami, strojem, spojrzeniem, willą, apartamentem. ale na szczęście znam i takich, co to wszystko maja i wcale nie udają. z nimi można porozmawiać i poczuć nawet więź. bo ci pozostali zajęci są udawaniem tak bardzo, że na nic więcej czasu nie mają.
chyba trochę kompleksów ze mnie powyłaziło. ale to tak jest i nic na to nie poradzę, że za każdym razem, gdy mam jechać do warszawy i gdy już jestem w warszawie, to myslę sobie, że tu mieszkaja nie polacy, nie ludzie itp., tylko przedstawiciele jakiegos innego gatunku. rozdrażnieni, anonimowi, wyniosli, cyniczni. ale radziu mnie ostudził. powiedział, że 70 procent warszawiaków to wcale nie warszawiacy - element napływowy. to fakt. spróbujcie zapytać ludzi na ulicy o cokolwiek - co drugi nie ma pojęcia o warszawie i mówi: ” panie, ja nie z warszawy”.
w piątek może juz wrócę do bydgoszczy. lekarze mówią, że w piatek. już się stęskniłem za tym moim miastem.
pozdrawiam wszystkich warszawiaków.
warszawa! dobranoc…

