Między nami miłośnikami
Jestem z psem na spacerze, w parku za miastem. Puściłem psa luzem, niech się zwierzę wylata. No to lata. Spokój dookoła, ludzi brak i o to chodzi. Czasem jakiś na rowerze przejedzie. O jedzie jeden. Pojechał. Dwóch na rolkach przejechało w oddali. Z lewej bajoro, z prawej ściana lasu, właściwie aż na horyzoncie. Jak okiem sięgnął zielono, chwasty rosną, bujna łąka się pleni wszędobylsko. W tej podmiejskiej dżungli dwa bociany sobie usiadły na trawie i coś tam kombinują. To samo facet z roweru. Zsiadł z siodełka, smarknął, splunął i rozpoczął gimnastykę skłonowo-wymachującą, wkomponowując się w ów pejzaż. Chyba specjalnie się ulokował nieopodal bocianów. Miłośnik przyrody widocznie.






Jazda rowerem po Bydgoszczy to katastrofa, żenada i tragedia. Przekonałem się o tym wyciagając pojazd z balkonu po dwóch chyba latach przerwy. Wcześniej przez parę lat regularnie robiłem trasę Kapuściska-Śródmieście, dojeżdżając rowerem do pracy i nie tylko (i chyba byłem już przyzwyczajony do niedogodności).
Niedawno pisałem o zabójczyniach z Zakładu Karnego w Grudziądzu. Ponad połowa z nich to ofiary tzw. przemocy domowej. Z akt sądowych i z ich relacji wynika, że zabiły we własnej obronie (lub w obronie dzieci). Niestety, siedza w więzieniu. Przeciętnie mają wyroki po 8-12 lat. Dzisiaj ten tekst (wersja, którą przygotowałem dla wydawanego w Londynie „Polish Express”) zamieścił u siebie portal onet.pl. Tytuł